Pułapki rozkładów jazdy
Sobota, 20.06.26. Spało się znakomicie. Wychodzę z namiotu jednak dopiero o 6-stej, bo wtedy się zrobiło bezchmurnie prawie. Idę na pobliski szczyt. Jest pięknie. Cicho, delikatny tylko wiaterek wieje, słońce pięknie świeci, ale jeszcze nie pali.
Patrzę na wschód, a tam w dolinie między Pikujem a Boziowo mgły. Uroczy widok. Na poludniu masyw Borżawy widać dobrze, a na prawo od niej Syniak, Makowica i na zachodzie Popreczny. Wszystkie te trzy masywy mają niewiele ponad 1000m, ale wyglądają na bardzo wysokie, bo doliny je rozdzielające są głębokie. Ich dna są na wysokosci zaledwie 200m nad poziom morza.
Ja tez dziś schodzè nisko na 350m do wsi Uklyn. 700m zejscia na dosć krótkim odcinki, to nie w kij dmuchał. Obym nóg nie skasował, bo na stromych zejsciach najłatwiej o to. Wczorajszy sprawdzian wypadł dobrze, ale to nie znaczy, że już można grzać na maksa. Póki co stoję i relaksuję się tą samotnością na szczycie o poranku.
Patrzę na otaczające mnie góry i tak się bardzo cieszę, że nikt mi nie odbierze tej radosci, tych przeżytych tu chwil. To jest moje i zawsze bedzie moje aż do śmierci. Zdrowie czlowiek straci, pieniądze straci, urodę straci, ale tego nigdy. Dlatego warto się było troszkę pomęczyć.
O 8 godzinie zbieram się w drogę. Po zejściu w las ścieżka robi się stroma, ale nie tak bardzo. Zejście jest długie, równomierne. Są tylko dwa krótkie wypłaszczenie i chyba ze dwa bardzo strome progi. Reszta w miarę normalna - nie tak, jak wczoraj na tym 170- metrowym podejściu.
Las jest tak samo piękny, jak wczoraj. Płoszę sarnę, ale nie widzę jej, bo w podszycie na dole siedziała. Dopiero po 2 minutach usłyszalem dalej w dole takie jej warknięcie/chrząknięcie. Odgłos ten w cichym lesie jest dość nieprzyjemny, ale to tylko sarna. Jak ktoś nie wie, że to sarna, to może zrobić w portki, bo wyobraźnia będzie mu mówiła, że to niedzwiedź. A ich tu nie ma. Spotkani we wsiach przy sklepach ludzie wymieniali wszystkie zwierzaki, jakie tu widzieli lub o nich słyszeli, ale niedzwiedzia nikt nie wymienił. Czyli ich nie ma. W Turja Poljana spytałem sie tego żulika przy sklepie o niedzwiedzie, to powiedział, że sś. Ale ja wiem, że zmyslał, bo też go sam z siebie nie wymienił. A przecież gdyby były, to wymienilby je na pierwszym miejscu, jako największa "atrakcja".
Dziś nastąpiło wyraźne ocieplenie. Czuję to. Jest bezwietrzne i coraz goręcej. Na samym dole w Uklynie jest już upał. Schodziłem 1h 25min. Długo, zważywszy, że to tylko 4,5km. Wieś zdecydowanie brzydsza od Rodnikowej Huty. Dochodzę do sklepu, kładę plecak na krzesło przy stoliku przed sklepem i robię odpoczynek. W sklepie dokupuję wodę, bo mialem na zejściu tylko jakieś 0,6L. Starczyło, ale pić się chce. Kupiłem wodę "Ploskiwska". Miejscowa. Smaczna, ale dodałem ok. 4g drobnoziarnistej soli kamiennej i woda teraz jest czadersko dobra.
Kupuję też loda i pytam się sprzedawczyni o kursy busa do Swalawy. "Nie ma" - słyszę. Dopiero w miejscowosci Poljana są. To 5,5km po asfalcie jeszcze. Dziwne, bo ta droga przez Uklyn łączy kilka wiosek i one wszystkie są odcięte od komunikacji. Po odpoczynku z radością zauważyłem, że niebo przykryły takie białe pierzaste chmury. Ciężko byłoby iść w pełnym słońcu po asfalcie. Poluzowuję sznurówki, by palce miały więcej luzu podczas chodzenia po asfalcie (bo inaczej stopa rozboli) i w drogę.
Asfalt w dobrym stsnie. Czasem zdarzają się fragmenty z dużą ilością łat, ale dziur nie ma. Po 1,5h jestem przy przystanku, niedaleko głównego sanatorium. Autobus odjeżdża o 13-stej (tak mi powiedział lokals siedzący na przystanku, bo żadnego rozkładu jazdy nie ma rzecz jasna). Mam wiec 45 minut. Wyciągam z plecaka mokry tropik i suszę go, przewijając przez obręcz przy schodach. Bus odjeżdża z przystanku po tej stronie ulicy, którędy jedzie się na Uklyn. Trzeba więc uważać, aby nie stać przy tym na przeciwko, ktory niby logicznie rzecz biorąc, jest właściwy, bo zgodny z kierunkiem.
Tu na Ukrainie logika może zgubić człowieka. Lepiej się zawsze wypytać, upewnić, niż zdać się tylko na swoją inteligencję. Po rozwieszeniu tropiku idę do pobliskiego sklepu po kolejną Płoskiwską. Ale mnie suszy! Zbliża się trzynasta. Zwijam tropik (prawie suchy) i czekam na bus. Jest 13.10 i nic. Zaczynam się niepokoić. Rozkładam mapę i liczę. Do Swalawy jest ok. 9km. Gdybym poszedł z buta, to min. 2h marszu. Ale wyszło znowu słońce, więc taki marsz mnie skatuje.
Z niecierpliwości jednak ruszam. Dochodzę do kolejnego przystanku w centrum Poljany, a tam siedzą dwie kobiety i czekają na busa. Pytam się je, o której on będzie "Może zaraz" - pada odpowiedź. Nie skupiam się na "zaraz", ale na "może". Uuu. Niedobrze. Jest 13.25. Wtem nadjeżdża. Średnio mały, typowy ukraiński karpacki bus. Płacę 42 hr do Swalawy. Zatrzymuje się przy dworcu kolejowym. Jest 13.50.
Idę kupić bilet na pociąg. Do Sławska najbliższy jest o 15.35, ale to płacksrtnyj i wszystkie miejsca są już wykupione. Następny zaś to zwyczajny osobowy (tzw. "elektriczka") o 16.05. Płacę za niego też 42hr i pytam się, kiedy przyjedzie do Sławska? O 18-stej. Mam więc jakieś 2h. Najpierw idę na niedaleki dworzec autobusowy (na tej samej ulicy, tylko jakieś 300m dalej na północ). Chodzi mi o sprawdzenie kursów ze Swalawy do wsi Kerečky, bo będę szedł przez park narodowy "Zaczarowany kraj", a z tej wsi najbliżej do niego. Kursy są co godzinę, a pierwszy o 7.30.
Teraz idę na pobliski bazar (między dworcem kolejowym a autobusowym) i kupuję słoik miodu, dwa pomidory i cebulę oraz 1,5L mleka prosto od krowy na zsiadłe. Robię to, bo nie wiem, czy w Sławsku zdążę coś kupić do jedzenia. Wszystko zależeć będzie od szybkości znalezienia lokum. Obładowany wracam na dworzec do poczekalni i tam piszę zaległą relację. Odwiedzam też toaletę, aby się troszkę przechlapać pod zlewem i schłodzić. W końcu wsiadam do pociągu i odpalam neta, czytając zaległe teksty na SN, bo widzę, że mam dobry net w pociągu.
Ustawiam sobie budzik na 17.50, aby nie przegapić Sławska. O 17.42 skończyłem czytać ostatnią zaległą notkę i się rozglądam, gdzie my stoimy, bo od kilku minut stoi pociąg. Szyby brudne i nic nie widać. Odpalam mapy.com i tam widzę, że.....jestem na stacji Sławsko!!! Zrywam się, zakładqm plecak, zagarniam tobołki z kupionym jedzeniem i wychodzę na peron. Jestem zdeka oszołomiony szybkością mojej reakcji, ale widzę i poznaję, ze to rzeczywiście jest Sławsko. A przecież miał być tu dopiero za kwadrans. Uszedłem 50 metrów, przeszedłem na drugą stronę. Pociąg ruszył. Matko Boska! Przecież wywiozłoby mnie gdzieś pod Tuchlię! I wtedy dopiero byłaby komplikacja.
Plan teraz mam taki. Najpierw zachodzę do niedalekiej turbazy "Dynamo". Duży budynek, więc chyba będą mieć wolne pokoje. A guzik. Cały zajęty przez dziecięce obozy. Wracam pod dworzec i pytam się jednej kobiety w sklepie, gdzie tu można przenocować? Podpowiada mi, abym podszedł do taksówkarzy. Idę i pytam się ich o nocleg, ale zastrzegam, że nie chcę takiego za 1000hr. A za ile? No za 700hr. Zaśmiali się. Nie speszony mówię, że rok temu były tu ceny 600-700hr za noc. A oni mi na to -"To sam sobie szukaj takiego noclegu".
W sumie to byli uczciwi. W końcu to ja powinienem się domyślić, że taksówkarz zawsze dostanie dolę za sprowadzenie wczasowicza. A czym wyższa cena za nocleg, tym dola większa. Idę więc wzdłuż torów tam, gdzie są stragany przy ulicy. Przy jednym z nich zatrzymuję się i pytam człowieka o możliwość noclegu. "Ja nie znam, ale spytaj się tej kobiety". Podchodzę do niej, a ona dzwoni do kogoś i mówi, że turysta z Polski, na 4-5 nocy.
Jest nocleg! Od razu pytam się o cenę, póki się nie rozłączyła. 600hr. Pięknie! Biorę. Gdzie to? Czekajcie tutaj - przyjedzie po ciebie. Po 5 minutach jest minibus. Zawiózł mnie niedaleko dworca. Na piechotę naprościej tam trafić idąc z dworca wzdłuż torów i tych zadaszonych straganów, a za nimi skręcić w prawo w taki deptak dla pieszych, a w środkowej części deptaka skręcić w lewo, też na deptak, gdzie są postawione wzdłuż niego jakieś rzeźby, a następnie skręcić w prawo na chodnik, gdzie na środku tegoż chodnika jest taki nieduży głaz. Tym chodnikiem dochodzi się do 4-piętrowego budynku (mamy go po lewej stronie). To jest chyba najwyższy budynek w Sławsku. Na przeciw niego, po prawej jest ten mój. Skręca się w prawo i widać taką malutką drewnianą werandę z ruchomymi drzwiczkami. To jest właśnie ten dom.
Lodówka jest wspólna na parterze. Pokoje są na górze. Łazienka też. Jest mała, ale jakoś się mieszczę. Odpływ wody z kabiny prysznicowej jest trochę powolny. Zlew malutki. No ale 600hr, a nie 1000hr. Do tego jest taki mini hall, gdzie można usiąść przy stole i zjeść posiłek. Ale największą zaletą jest to, że można tu zamówić obiad i inne posiłki. To jest znakomite rozwiązanie, bo nie będzie drożej, niż w restauracji, której i tak nie udało mnie się tu dotąd zlokalizować. Niedaleko jest też sklep spożywczy Rukawiczka, ktory jest czynny do 22-giej.
Po kąpieli udałem się jeszcze do cerkwi, sprawdzić o której jest jutro msza. Trasę znam, bo rok temu przechodzilem obok niej. Wchodzę na teren cerkwi, ale żadnej kartki z porządkiem nabożeństw nie widzę. Uwagę moją przykuły stare groby po lewej stronie cerkwi. Zaczynam je sobie oglądać. Nagle na jednym z nich widzę fotografię kapłana. Ma on na szyi krzyż. Prawosławny krzyż! Co to jest?! Patrzę na cerkiew i wszystkie krzyże na kopułach są łacińskie, bez skośnej belki, ani nawet bez drugiej poprzecznej. Coś tu mi nie gra. Byłem przekonany rok temu, że to jest grekokatolicka cerkiew, ale ten grób prawosławnego kapłana mówi mi, że to jakaś pułapka. No bo jak inaczej nazwać te łacińskie krzyże na kopułach?
Obchodzę cerkiew i po prawej stronie widzę jedną małą kopułkę pomalowaną na charakterystyczny ciemny niebieski a'la lapis lazuli. Po tym kolorze bez pudła można strzelać, iż to cerkiew patriarchatu moskiewskiego. Potwierdzeniem tego jest stojący obok duży drewniany krzyż - z pochyłą belką. Jak ja tego rok temu mogłem nie zauważyć? Nie mogłem, bo zdjęcie robiłem zza ogrodzenia metalowego i na zdjęciu tej skośnej belki nie widać, gdyż element ogrodzenia ją zasłania. Uff.. Dobrze, że dziś tu przyszedłem na rekonesans. Jutro jadę więc pociągiem do Skole. Tam jest i kościół łaciński i grekokatolicka cerkiew.
Wracając z cerkwi zaszedłem jeszcze na daorzec, aby zorientować się w połączeniach ze Skole i wracając na stancję, na straganie kupiłem jeszcze wędzoną słoninę. Tylko 350hr/kg. Oni tu mocno wędzą, ale mnie to nie przeszkadza. Ta ich wędzona słonina to rarytas.
Zdjęcia:
https://files.fm/u/9gpqwsvdtacmusmt
1-11. poranny widok z Wlk. Wyżena - na Połonibę Równą, Pikuj i Borżawę.
tagi: ukraina poljana swalawa sławsko
|
|
OjciecDyrektor |
| 21 września 2026 05:08 |
Komentarze:
|
saturn-9 @OjciecDyrektor |
| 21 września 2026 06:40 |
Zdjęcie słoniny na haku to byłby rarytas. A tak to tylko na słowo można zawierzyć. A sekwencji wiejskich, cmentarnych czy cerkiewnych brak bowiem ...
Lwów wypadało obcykać a prowincję juz nie?
Przynudzam, wiem, ale książki z wędrówek po świecie przed pierwszą i drugą przyciągają uwagę ze względu na materiał czarno-białych ujęć.
|
|
OjciecDyrektor @saturn-9 21 września 2026 06:40 |
| 21 września 2026 08:55 |
Szczerze, to powiem, że ciężko mnie cykac fotki niestetycznego otoczenia. Wiem, że każde zdjęcie to dokument, ale ja nie mam zacięcia dokumentalisty.
Zdjęcie wędzonej sloniny faktycznie mogłem zrobić....ale nie zrobiłem...:). Ale zrobiłem za to zdjecia puszek piw, które bardzo mnie smakowały...:)
|
|
OjciecDyrektor @saturn-9 21 września 2026 06:40 |
| 21 września 2026 08:58 |
Jutuberzy podróżnicy koncemtrują wię właśnie na takiej dokumentacji gastronomicznej i budowlanej. Mój przewodnik-relacje mają inny cel - opis tras pieszych po górach. Reszta opisywana jest ze wzgledu na walory praktyczne lub jako ciekawostki.
|
PanTehu @OjciecDyrektor |
| 21 września 2026 09:06 |
Twoje relacje są bardzo interesujące i praktyczne, każdy zainteresowany tematem i nie tylko czyta je z przyjemnością. Drażni mnie tylko Twoja maniera pisania, że " piwa , które MNIE bardzo smakowały", czyli piwa smakowały Ciebie:)
PS. Zdjęcie wędzonej słoniny na tle Karpat... mogłoby być bezcenne:)
|
|
OjciecDyrektor @PanTehu 21 września 2026 09:06 |
| 21 września 2026 09:18 |
Drażni cię, bo zapomniałeś, ze forma "mnie" jest bardziej poprawna od "mi". Ale powszechnie używa się "mi" bo jest krotsze.
Czasem żartuje sobie z tych "misiów", czyli np. "wydaje mi się". Ale nie zadręczam ludzi poprawnością i w sumie to mnie nie drażni nawet forma krótsza "poszłem" zamiast "poszedłem".
|
PanTehu @OjciecDyrektor |
| 21 września 2026 09:27 |
Hola,hola! Długość nie ma tu nic do rzeczy. Jeśli powiesz " pocałuj mnie w doope" to nie znaczy to samo co " pocałuj mi doope".
Nie spinaj się. Czasem " posedł jo se łącke kosić" a czasem " poszedł i nie wrócił więcej" :)
|
|
OjciecDyrektor @PanTehu 21 września 2026 09:27 |
| 21 września 2026 09:37 |
Ja się nie spinam. Ciebie to drażni. Mnie nie. Poteaktuj to moje "mnie" jako taki folklor językowy i tyle...