Przez zakarpackie bezludzie
Piątek, 19.06.26. Dziś wychodzę na pierwszą trasę z ciężkim plecakiem. Schodzę do kuchni i widzę poprzewracane puszki piwa na niskiej lodówce. Już wczoraj zauważylem jedną puszkę przewróconą, ale dopiero teraz, za drugim razem dociera do mnie, że tu są myszy. Potwierdzeniem tego jest przegryzione opakowanie z keczupem. Zostawiłem je na kanapie. Całe szczęścue reszta rzeczy było albo w lodowce albo na stole, gdzie myszy nie mogły się dostać, bo miał takie nogi głęboko pod blatem, a sam blat był zbyt daleko ścian i mebli, po których mogłyby przejść. Teraz już wiem, że w każdej drewnianej chacie w górach czy w lesie należy liczyć się z obecnością mysz i zabezpieczać jedzenie.
Wychodzę o 6-stej czasu polskiego. W planie przejście przez Witrową i Kosjak do wsi Rodnikowa Huta, a z niej na połoninny, czyli widokowy, szczyt Wlk Wyżen, a z niego do wsi Uklyn, gdzie planowany jest nocleg pod dachem.
Pogoda z początku pochmurna, ale bez opadu. Zrobiło się cieplej. Wiatr zupełnie ucichł. Idzie się dobrze. Po pół godzinie odbijam w lewo. Droga prowadzi przez potok Szypot. W bród. Ale bród jest dość płytki - woda nie sięga powyżej kostek. Buty zmoczone, ale tylko buty. W stopach sucho. Droga skręca w prawo, przecina mniejszy potoczek i zaczyna się wspinać na Witrową. Ma ona 998m, czyli mam 400m podejścia.
Z początlu idzie takimi dość łagodnymi zakosami. Ale potem zorientowałem się, że są dwie drogi - taka łagodniejsza i taka stromsza ale krótsza. Dwa razy się przecięły. W dalszej części wybrałem tę krótszą. Była chamska, z kamieniami i koleinami. Stara, widać że rzadko używama. No ale krótsza. Zresztą chciałem sprawdzić, w jakiej jestem w formie. Chyba całkiem niezłej, bo na szczycie Witrowej byłem po 1h30min. Szczyt tem jest płaski i nadaje się nawet na biwak, bo tuż przed nim jest polana z widokiem na Połoninę Równą i Ostrą Horę, a zaraz na południowej stronie zaczyna się nawet fajny las bukowy. Jedynie wody brak, więc trzeba ją sobie wnieść.
Z Witrowej przechodzi się łagodnym zejściem na Kosjak. Tuż przed zejściem głównej ścieżki na południe, w lewo odbija słabiej widoczna, bo trochę zarośnięta, ścieżka. No ale jest przedeptana i jednak widoczna. Po pokonaniu podszczytowych traw, ścieżka staje się już dobrze widoczna. Schodzi się dość dobrze ale tylko do miejsca, w którym zaczyna się odcinek specjalny. Drogę bowiem tarasują liczne powalone drzewa. Cały ten wiatrołom trzeba obchodzić dość szerokim łukiem. To znaczy ja wybrałem obejście po prawej i stąd miałem szerokie obejscie. Ale jakby ktoś wybrał po lewej, to zapewne mniej by się męczył, bo drzewa leżały gałęziami na prawą stronę. Dobrze, że to bukowy las, bo inaczej byłoby bardzo źle. Bukowe lasy mają ten plus, że mniej w nich podszytu, który utrudnia chodzenie przełajem.
Niedługo po pokonaniu wiatrołomu dochodzę do leśnej chatki. Jest po lewej stronie i widać, że używana. W środku wiele sprzętu gospodarstwa domowego i dość dobry porządek tu panuje, jak na tego typu obiekty. Przenocować pewnie by można było za zgodą głównego lokatora na strychu chatki lub ewentualnie pod zadaszaną werendą, gdzie jest równa i niska ława. Robię tu przerwę na drugie śniadanie. Ale zanim zacznę jeść badam okolicę, bo tu odchodzi na wschód ścieżka do Rodnikowej Huty. Chodzę wokół chatki i ścieżki nie widzę. Jest wprawdzie ta, którą szedłem, wyraźna i dobrze utrzymana, ale ona jest dwa razy dłuższa - dłuższa o ok. 1,5-2km. To sporo, bo 30-40min.
Zapuszczam się w las na wschód od chatki (przed chatką jest mała polana). Widzę po lewej jakąś rynnę zawaloną drzewami. To nie ścieżka, a rynna okresowego potoku. Schodzę niżej i wykręcam bardziej na prawo. Ścieżki nie widać, bo są liście bukowe, ale zauważam coś jakby aleję bukową. To chyba jest ta ścieżka. Ktoś, kto nie ma doświadczenia w chodzeniu po bukowym lesie poczuje się w nim niepewnie, bo często ścieżka jest niewidoczna. No ale ja mam i widzę, że ścieżka jest.
Wracam do chatki i wiem już dlaczego nie zauważyłem jej wcześniej - była zarośnięta małymi krzaczkami przy chatce. Jak się stoi przy drzwiach chatki, to wlot ścieżki jest dokładnie na wschód. Tam się trzeba kierować. Tymczasem robię popas. Jestem zrelaksowany, bo znalazłem ścieżkę. Poza tym słońce wyszło. Jest cicho, przyjemnie. Słychać każdy odgłos przyrody. Słyszę więc i tu chrobotanie w drewnianych balach chatki. I tu są myszy. Po popasie pora ruszać.
Ścieżka przez jakieś 500m jest niewidoczna, ale widoczna jest wyraźna przerwa między bukami, jak jakaś aleja. Nią trzeba podążać w dół. Po jakimś czasie zauważa się ślad ścieżki, bo widać udeptane, ubite liście, a czasem nawet gołą ziemię. No ale trzeba być skoncentrowanym, bo aż tak prosto nie jest. Są odcinki, gdzie ścieżka walczy o życie i znów staje się słabo widoczna.
W końcu docieram do doliny, z której trzeba wejść na niską przełęcz do Rodnikowej Huty. Miejsce, gdzie wyszedłem przypomina jakiś błotnisto-piaszczysty plac budowy. Udaje się jednak omijać najgorsze miejsca. Widzę po lewej drogę na wschód, a przed sobą strasznie zrytą i błotnistą drogę w dół doliny. Wg mapy powinienem nią iść i dopiero po ok. 400m znajduje się droga na wschód, na przełęcz. Ale mam w tym roku nawyk uruchomiania często loggera gps. No i on mnie pokazuje moje współrzędne. Patrzę na mapę i zdziwienie, że wg niej powinieniem być o 10 sekund bardziej na północ. No ale teren nie kłamie. A skoro jestem o 10 sekund bardziej na południe, to może i ta droga na przełęcz zaczyna się tu, a nie dalej? Idę sprawdzić.
Droga ubita. Stroma, no ale na przełęcz trzeba podejść 50m w górę. Najważniejsze, że kierunek się zgadza. Po ok. 200-300m widzę dochodzącą z prawej inną drogę - to pewnie ta, którą miałem wg mapy iść. No i dobrze, że nie poszedłem. Znów zaoszczędziłem trochę czasu. Jestem na przełęczy i zaczynam schodzić do Rodnikowej Huty. 500m przed wsią zaczyna padać. Nakładam pokrowiec na plecak i wyjmuję parasol - bardzo lekki w Decathlonie kupiony. Fajna sprawa taki parasol.
Zbierało się na deszcz i w końcu spadł. Jakie to szczęście, że dopiero tutaj. Jakoś dojdę do wejskiego sklepu, a tam zrobię sobie kolejny popas i coś dokupię. A poza tym, jakby się pogorszyła pogoda, to zawsze można trochę posiedzieć i poczekać, bo większość wiejskich sklepów ma zadaszone werandy lub ławy i stoliki.
Wchodzę do wsi i zdziwienie kolejne. Jaka zadbana wieś! Wszystkie domy zadbane, obejścia też, a nawet bardzo zadbane. Do tego droga asfaltowa równa jak stół, bez żadnych dziur. Czy to na pewno Ukraina? Nawet Niemiecka Mokra nie sprawiła takiego dobrego wrażenia. Widać czas i wysiłek mieszkańców włożony w upiększenie swych domów i ogródków.
Dochodzę do sklepu. Deszcz przestał padać. Na werandzie jest sprzedawczyni i trzech mężczyzn. Na mój widok ożywili się. Poprosili o skorzystanie z lornetki. Proszę bardzo. Wchodzę w tym czasie do sklepu i kupuję wodę gazowaną, niegazowaną, keczup i piwo. Przemyśluję bowiem o skróceniu trasy i noclegu na szczycie Wlk. Wyżen. Kombinuję sobie tak. Pogoda jest zmienna, więc dziś raczej nie będzie dalekich widoków ze szczytu. Ale pod wieczór mogą być rozpogodzenia, bo w tym roku często są pod wieczór. A dodatkowo nad ranem też może być dobra pogoda. Będzie więc szansa zobaczyć panoramę z Wlk. Wyżena w całej krasie. W końcu dla widoków chodzę, a nie dla zaliczania szczytów.
Po zakupach jestem trochę dociążony, no ale teraz odpoczywam i jem póki pogoda się nie wyklaruje. Wyklarowała się po godzinie. Ruszam więc o 12-stej czasu polskiego. Na odchodnym przestrzegajà mnie, że może dziś jeszcze padać. Trudno. Może zdążę przed deszczem rozbić namiot na górze. Mam do pokonania 600m podejścia. Mapa Hutyraka w tym rejonie jest bardzo dokładna i nawet loggera nie odpalam.
Po wejściu w las miłe zaskoczenie - jaki piękny bukowy las! Cały masyw Wlk. Wyżena porośnięty jest takim lasem i choćby dla niego warto tu było przyjść. Z początku trasa jest umiarkowanie stroma, a na trawersie wschodnim i zachodnim nawet łagodna aż do szczytu 826m. Za nim teren lekko opada i zaczyna się 170m podejście. Jest ono bardzo strome. Mapa nie oddaje tego, co jest w terenie.
Wiem, że takie podejścia trzeba zrobić za jednym machem, bo jak będzie zatrzymanka, to następne zatrzymanki będą nieuniknione. Idę więc spokojnie, równo. Patrzę przed siebie i się zastanawiam, czy ta stromizna jest mniejsza, niż na Jawornik nad Kostryną? Chyba nie, ale daje mocno odczuć, że to nie przelewki. Walczę, wytrzymuję do ok. 100m przewyższenia. Niestety w tym miejscu zatrzymałem się na chwilę. Wiem, że niedługo się znów zatrzymam, ale co zrobić? To moja pierwsza trasa na ciężko w tym sezonie. Druga zatrzymanka jest po ok. 40m przewyższenia. Już teren się trochę wypłaszcza, a jednak człowiek musiał się zatrzymać. Na sam koniec była i trzecia. Uff. Najgorsze za mną. Teraz jeszcze tylko 90m przewyższenia, ale to już bułka z masłem. Wchodzę na połoninę. Nie jest jakoś zachwycająco piękna, ale najważniejsze, że już niedługo będzie koniec trasy. Szedłem na szczyt ze wsi 2,5h.
Wlk. Wyżen to takia płaska połonina bez wyraźnej kulminacji. Przystaję na szczycie, rozglądam się i widzę jakies deszczowe chmury, ale jakby chciały mnie ominąć. Idę więc dalej spokojnie. Zgodnie z tym, co powiedział mi człowiek w sklepie w Rodnikowej Hucie, za szczytem droga się rozwidla. Ta wyraźniejsza, głowna skręca w lewo na przełęcz Uklińską, a ta druga w prawo schodzi do wsi Uklyn. Na mapie jest zaznaczona tylko ta druga, a ta pierwsza urywa się pod szczytem, tak jakby nie dochodziła do niego z przełęczy. A jednak w rzeczywistości dochodzi, więc można na Wlk. Wyżen wejść i z przełęczy. No chyba, że ktoś lubi podchodzić 700m ze wsi Uklyn.
Rozglądam się za miejscem pod namiot. Wszędzie lekko pochyło, ale to mnie nie martwi. Zwracam uwagę na wiatr. Miejsce musi być zaciszne. Schodzę więc pod granicę połoniny, na zachodnią stronę. Tam się rozbijam w takiej niecce. Mapa Hutyraka pokazuje jakieś 100-200m od połoniny ciek wodny w lesie, a las bukowy, więc łatwiej dostępny. Nie będę tego jednak sprawdzał. Póki co, mam 1,5L niegazowanej, prawie litr gazowanej i piwo.
Rozbiłem namiot i poczułem straszne zmęczenie. Co to? Zacząłem pić wodę, ale zorientowałem się, że predzej wypiję całą wodę, niż zmęczenie przejdzie. Wyciągam wiec piwo i.piję. Za wcześnie chyba, bo jest ledwo 16-sta na Ukrainie. Piję szybko, bo pragnienie jest straszne. Do tego słońce mocno grzeje, choć na około szczytu jest pełno chmur takich ciemnawych. No ale nie pada. Kładę się na trawie, ale uświadamiam sobie, że w takim stanie słońce zrobi ze mnie miazgę. Chowam się wiec do namiotu. Jest w nim dość duszno, jak to w namiocie na słońcu. Namiot lepiej rozbijac pod koniec dnia. Ale tu w każdej chwili może przyjśc chmura deszczowa, więc nie mam wyjścia.
Zapomnialem spryskac offem namiotu i teraz dopiero to robię, wyganiając owady. Widzę zawody gąsienic, która wyżej wdrapie się po ścianie moskitery Odpadają wszystkie tak 30cm przed szczytem namiotu. Leżę, pocę się, ale zasnąć nie mogę. I tak przez 2,5h. W końcu wstaję coś zjeść. No, już lepiej. Ubieram się i idę na szczyt. Wypogodziło się, choć widoczność średnia. Ładny widok na płn.-zach., bo słońce już delikatniej świeci. Do tego chmury robią się plastyczne.
A jednak warto było tutaj zanocować. Co bym miał z noclegu w dolinie w taką aurę? Jeszcze przecież jest jutro i ranek. Może być jeszcze ładniej. Wracam do namiotu i szykuję się do spania. Czuję, jak z każdym kwadransem robi się chłodniej. Ale spokojnie. Mam dobry, ciepły śpiwór plus prześcieradło do śpiwora, aby nie trzeba było go prać po takim górskim tripie, gdzie kąpiel nie jest zbyt częsta. Jeszcze tylko umyć zęby, psiknąc antyperspirantem pod pachy (świetnie zastępuje mycie i likwiduje przykre zapachy) i lulu. Śpi się dobrze, bo pod namiotem są krzaki jagód. One fajnie sprężynują. Byleby nie były bulwiaste. Cyka na około jak na koncercie. Piękna muzyka do snu.
Zdjęcia:
https://files.fm/u/s3g3kp3tm4tuqhwe
1. chatka pod Kosjakiem
2-3. widok z Wlk. Wyżena na Połoninę Równą i Ostrą Horę wieczorem
tagi: ukraina wielki wyżen
|
|
OjciecDyrektor |
| 19 września 2026 05:30 |
Komentarze:
|
|
Henry @OjciecDyrektor |
| 19 września 2026 08:49 |
Olśniło mnie! W strefie wojennej plecak ewakuacyjny najlepiej mieć na plecach ;-)
|
|
OjciecDyrektor @Henry 19 września 2026 08:49 |
| 19 września 2026 09:39 |
A co za idiota idzie z plecakiem ewakuacyhnym do strefy wojennej?