....ponieśli i wilka
14 lipca, poniedziałek. Dziś w planie wejście na Kancz 1578m przez Pereniz. Wstaję wcześnie i czuję, że jestem osłabiony, jakby mnie przeziębienie brało. Po dwóch godzinach już wiedziałem, że jestem przeziębiony. Ale jak?
Zimny, czy chłodny wiatr mam tu od prawie samego początku. Dbam o zmianę podkoszulek. Przyczyna jest prosta. To ten pokój, ten dom z bali jest tego przyczyną. Już na samym początku czułem, że jest tu chłodno, a na drugi dzień zauważyłem, że ubrania nie chcą schnąć - są cały czas takie wilgotnawe. Nawet ortalion. Wietrzenie niewiele pomaga, bo chłodny wiatr wzmaga uczucie chłodu. Trzeba się stąd ewakuować jak najszybciej. Ale dziś jem czosnek i piję gorącą herbatę i do łóżka.
Z tym, że niewiele to pomaga - mam takie napady kaszlu dławiącego. Piję miód dla złagodzenia kaszlu. W końcu wychodzę z tego domu na spacer. Jest tak pół-słonecznie, ale cieplej, niż w tym domu. Gdyby mnie nie namówiono na ten "hotel", to po ok. 5 minutach lub nawet szybciej natrafiłbym na jakąś inną stancję, bo w dolnej części Synewirskiej Polany jest takich stancji sporo.
No nic. Cała nadzieja w tym, że będzie teraz przez kilka dni ciepło i burzowo, więc po górach i tak lepiej nie chodzić, a ciepło dopomoże w kuracji. Byleby znaleźć suchą stancję. Ktoś tej kobiecie, właścicielce, ewidentnie spartolił budowę, bo już w kilku drewnianych domach byłem i tam sucho i ciepło było.
Wychodzę na stok w stronę Perenizu. Przekraczam most na głównej rzece i zaraz za tym mostem kolejny, mniejszy most (skręt w prawo), i za tym mniejszym mostem w lewo, drogą obok zabudowań i w prawo pod górkę. Uszedłem chyba z kilometr i spociłem się strasznie i na zimno. Tak, to przeziębienie. Czuję, że u góry wiatr jest mocny, więc zawracam. Robię sobie kolejny posiłek, zjadam kolejną porcję czosnku i znów do łóżka. Ciężko wytrzymać w tym łóżku, więc siadam na krześle. Otwieram piwo i już jest lepiej.
Jutro planowałem bardzo wcześnie rano wypad nad jezioro Synewir, ale odpuszczę chyba, bo pomimo tego, iż zajęłoby mi to w obie strony 2-2,5h, boję się, że ranny chłód i szybkie tempo marszu załatwi mnie na amen. Lepiej nie kozaczyć i zdusić w zarodku to przeziębienie, póki świeże. Zresztą i tak do wsi Synewir, gdzie będzie kolejna baza wypadowa, mam z ciężkim plecakiem 14km, co daje ok. 3,5-4h marszu. Więc i tak się nieźle spocę.
W dolnej części Synewirskiej Polany jest sklep spożywczy, gdzie mają fantastyczną w smaku kiełbasę. Smakuje i wygląda, jakby była robiona w Polsce (choć trafiła mnie się spora chrząstka, czego w polskich kiełbasach nie spotkałem, więc robiona na Ukrainie). To najlepsza wędlina, jaką jadłem tu na Ukrainie (nie licząc boczku swojskiej roboty, kupionego rok temu w Dzembroni od Hucuła, gdzie mieszkałem). Schodząc jutro dokupię tak z kilo, bo takie okazje trzeba wykorzystywać.
15 lipca, wtorek. Z wczesnorannego wypadu na jez. Synewir nici. Kaszel jest spory pomimo zjedzenia połowy główki czosnku - polskiego, żeby mi malkontenci nie mówili, że nie wiem, iż tylko polski czosnek leczy. Mam jednak po nim obolałe podniebienie. Kupiłem ukraiński - jako rezerwa. Pakuję się powoli, bo nie chcę wychodzić zbyt wcześnie, gdy jeszcze będzie poranny chłód.
Wychodzę o 8.10. 14km do Synewiru to ok. 4h marszu. W tym stanie nawet 5h. Chcę dokupić tej fantastycznej kiełbasy i całuję tylko klamkę, bo sklep zamknięty jeszcze o 8.40, choć powinien być otwarty od 8.. Idę więc dalej.
Przy ostatnich zabudowaniach dolnej Synewirskiej Polany jest kapliczka (prawosławna oczywiście), a naprzeciw niej stoją dwie panie. Czekają na jakiś wóz. Zajeżdża jakiś busik i myślę, że to znajomy ich podwozi, ale coś mnie tknęło. Podchodzę do busa i pytam, czy do Synewiru mnie zabierze. Nie. On jedzie na Miżhirję. Ale w takim razie dojeżdżasz człowieku do górnej części Synewiru. O to mi chodzi. Wysadzisz mnie przy skręcie szosy w prawo na przełęcz. Ok. 50hr koszt jazdy i zaoszczędzone 10km marszu. Przy okazji zdobyłem cenną informację, że ten busik jeździ regularnie w dni robocze ((pon.-pt.). O 9 wyjeżdża z centrum Synewirskiej Polany.
Po 10 minutach jest w górnej części Synewiru. Uff. Już lepiej to wszystko potoczyć się nie mogło. Teraz tylko 2km w dół do centrum Synewiru. Na mapy.com jest zaznaczona przy grekokatolickiej świątyni (jest po lewej idąc w dół, mała w porównaniu do prawosławnej ze złotym hełmem) możliwość noclegu. Niestety zamiast domu jest tu nowa budowa. Idę więc dalej w dół i jestem już prawie przy końcowym przystanku busa, czyli w ściśłym centrum.
Tu informuje mnie jedna kobieta, że za grekokatolicką cerkwią jest hotel. Na słowo "hotel" jestem w rozterce. Właśnie uciekłem z hotelu. No ale idę. Mijam za cerkwią grekokatolicką jakiś niski długi budynek. Obok stoją samochody. Jakieś prace budowlane. W pierwszej chwili myślałem, że to warsztat samochodowy. Ale jedna spotkana dziewczyna zapewniła mnie, że tu można przenocować. No to idę.
Wychodzę na tył budynku i widzę plac rekreacyjny i basen, czyli ukraiński "czan". Niski, dwukondygnacyjny, podłużny budynek. Pytam się o gospodarza. Nie ma. Ale jest ktoś, kto go tu zastępuje? Jest. Pytam się o nocleg i koszt. W tej chwili brak wolnego pokoju, a koszt 2000hr. Drogo, ale w taki dużym pokoju pomieści się spokojnie i 4-osobowa rodzina. Poza tym "czan" robi cenę. Ale Ukraińcy uwielbiają "czan" i zawsze wybiorą ośrodek z "czanem", niż bez.
Pytam się więc tradycyjnie o inne możliwości noclegu w Synewirze. Mężczyzna, sympatyczny, Wasia (Wasyl) ma na imię, dzwoni do kogoś. Okazuje się, że od jutra będzie wolny pokój - 700hr. Ok. Ale, gdzie dziś przenocuję? Mówię, że mam namiot i pytam się, czy tu na terenie ośrodka mogę go rozbić. Możesz - za friko. Wybieram więc miejsce pod drzewami, aby poranna rosa nie zmoczyła tropiku. Trawa krótka, równa. Super miejsce, bo zaraz 10m dalej jest rzeka Terebla, która w tym miejscu bajecznie szumi. Ten szum w nocy da mi popalić - ciężko się zasypia.
Rozbijam szybko namiot. Układam sprzęt i idę na rekonesans zakupowo-obiadowy. Sklepów spożywczych jest kilka. "Centr" czy ""Centrum" czynny do 21. Ale najlepsze zaopatrzenie ma sklep "Ambar". Jest tam nawet makrela wędzona (kopczenna skumbria), ale ceny wyższe. Tak to tu jest.
Idę zjeść coś ciepłego. Dużego wyboru nie widzę. Jest w centrum pizzeria "Zupynka". Okazuje się, że serwuje też obiady. Zamawiam więc rosół (smaczny) oraz dwa kotlety mielone, ziemniaki opiekane, czyli frytki, surówkę i piwo. Frytki były przesolone. Nawet 1/3 nie zjadłem. Piwo zaś było skisłe. Zamówiłem Czernihowskie, bo smaczne, a dostałem w kuflu, z kija coś, co po kilku łykach odstawiłem. Całośc kosztowała 310hr. Nie tak dużo, ale i tak szkoda pieniędzy. Jedynie rosół warto tu kupić. Co ja będę tu jadł ciepłego?
Teraz do ośrodka i nad rzekę poopalać się, bo opalanie zawsze przyspiesza kurację przeziębieniową."Plaża" kamienista i dość brzydka, ale rzeka pięknie szumi. Siadam na krzesełku i robię sobie mały festiwal post metalu (The Last Sigh of the Wind, Distant Dream, Coldbone "Cataclysm" i moja ulubiona "Driksa" łotewskiego bandu Audrey Fall - ten jeden utwór im wyszedł).
Grzało mocno przez 2h. Zrobiłem się senny i poszedlem w kimę do namiotu. Po godzinie spania budzą mnie porywy wiatru. Wystawiam głowę i widzę niewesołe chmury nad okolicznymi szczytami. Na radarze pogodowym zapowiadaja na 16-17 nawet pioruny. Na szczęście skończylo sie tylko na tym porwistym wietrze, ale u góry pewnie padało.
Spociłem się mocno leżąc - to dobrze, bo trzeba wypocić przeziębienie. Ale trzeba się odświeżyć. Gdzie? W rzece Terebli. Ale nie tu. Idę niedaleko do miejsca, gdzie jest bardzo długa, drewniana kładka, zawieszona ok. 6m nad rzeką - wysoko. Chybotliwa mocno. Za nią idę wzdłuż rzeki, w górę jej nurtu. Tu jest spokojnie, zacisznie, nikt się nie kręci. Woda nawet dośc ciepła, bo Terebla nie jest tu głęboka.
Odświeżony wracam i idę na wieczorny spacer po Synewirze. Jest 19 (18 w Polsce). Przede mną idą krowy. Wszystkie bez nadzoru. Same idą do domu, jak tresowane. Przy wejściu na główną szosę krowy się żegnają ryknięciami. Jedna odchodzi w prawo, trzy w lewo, a jedna jeszcze się nie zdecydowała. Te trzy potem spotkam na szosie, gdy będą urządzać dostawczakowi "test łosia". Dwie stoją na prawym pasie, a jedna nagle schodzi na lewy. Dostawczak wzorowo, spokojnie wyminął je. Tu to normalka.
Wracając do ośrodka, w ściśłym centrum mija mnie jakis busik. Robi nawrotkę i staje pod sklepem "Centr". Patrzę na szyld, że to kurs Chust-Synewir. Jest 19.30. A więc o tej godzinie przyjeżdża w dni robocze ostatni bus do Synewiru z Chustu. Zagaduję kierowcę o czasy i dystans do Wilszan, gdzie zaczyna sie ścieżka na Menczul 1501m, na który mam zamiar wejść na lekko. Okazuje się, że do Wilszan z Synewiru jest ok 1h jazdy, a z Wilszan do Chustu ok. 1,5h. Najwcześniejszy kurs z Synewiru do Chustu jest o 6 rano. Oznacza to, że o ok. 7 zaczynam trasę na Menczul i mam aż ponad 11h na to, by zejść. A trasa jest długa - ok. 30km.
Do tej pory nie wiedziałem, czy dam radę się czasowo wyrobić, bo tu kilku ludzi - tradycyjnie - podawało mi sprzeczne informacje. Mam wrażenie, że tu malo kto orientuje się w dokładnym rozkładzie jazdy. Wiem też, ze jest o 13-stej kurs z Synewiru do Chustu. Tak wiec dzięki temu nieplanowanemu spacerowi dowiedzialem się wiele o rozkładzie jazdy.
Wracam na ośrodek z piwem, paluszkami i serem żółtym "Tulczynka" (tylko polskie sery są smaczniejsze od tego - chyba jeden z najsmaczniejszych serów ukraińskich). Widzę, że dziś będzie dyskoteka na ośrodku. No to nie pośpię. W sumie to w takich miejscach jest to norma. Zauważyłem również tu, że do godz. 15 jest sennie, bawia sie dzieci i mamy. Ale nie za dużo i nie dlugo. Dopiero od ok. 16 zaczynają wychodzić z pokojów wczasowicze i bawią się z reguły do 3 w nocy, a śpią do min. 9-tej. Nietoperze, a nie ludzie.
Zobaczymy, o której jutro się wprowadzę do pokoju, bo radar pogodowy pokazuje burze od 10-11. Mam nadzieję, że się to opóźni, ale faktem jest, że poprawa pogody ma być od piątku. Dobre i to, bo tu w Synewirze planuję zrobić trzy trasy na lekko: Menczul, Poł. Kuk oraz Piszkonia. Najtrudniej logistycznie będzie z Połoniną Kuk, bo trzeba wcześnie dostać się do Miżhirji, zrobić 20km w obie strony i wrócić czymś z Miżhirji. Wiem, że z Synewirskiej Polany busa będę miał o 9.10 i w Miżhirji będzie o ok. 9.30, ale to zdeka za późno. Czy uda się złapać stopa? Mam nadzieje, że tak. Bo dziś też się udało zaoszczędzic dużo sił i czasu.
16 lipca, środa. Zgodnie z przewidywaniami dyskoteka trwała długo. To znaczy głośną beznadziejnie męczącą muzykę wyłączyli wprawdzie już o północy, ale do 2.30 w nocy trwały głośne rozmowy, śmichy-chichy i ogólna zabawa w plenerze. Zdążylem więc pospać do 5.30. O dziwo nie chciało mnie się dłużej spać i całe szczęście. Ale nie uprzedzajmy faktów.
O 5.30 zacząłem się spokojnie ubierać i pakować. Szło mi to nawet nadzwyczaj sprawnie. Noc była w miarę ciepła (pewnie dlatego, że pochmurna) i z lekkim wiatrem. Tropik oczywiście od wewnątrz "spocił się", ale na zewnątrz był suchy, choć była rosa na trawie poza zasięgiem gałęzi drzew. Wszystko więc się dobrze ułożyło.
Po 30 minutach zaczęły spadać pojedyńcze krople. Przyspieszyłem więc pakowanie i zwijanie namiotu. Nagle grzmot bardzo blisko. Podnoszę głowę do góry i jestem przerażony. Skąd to się tu wzięło? 20 minut temu tego tutaj nie było! A widok był taki, że nad moją głową wisiały bardzo ciemne, skłębione chmury. Wyglądały jak chmura piroklastycznego, wulkanicznego podmuchu. W tym momencie moje ruchy zaczęły przypominać ruchy pająka, który po pół roku w końcu złapał coś w sieć.
Pędem do zadaszonego stołu z ławami. 20m w trzy razy. Przypomniałem sobie o suszącym się tropiku. Znów kurs po niego - już mokry. Jeszcze jakiś drobiazg, który wypadł podczas biegu i jestem pod dachem. Robię przegląd strat i oceniam, że są minimalne. Poza tropikiem, który jest materiałem szybkoschnącym wszystko prawie suche lub tylko lekko wilgotme.
Mam wprawdzie parasol składany, ale podczas ewakuacji i biegu tylko by przeszkadzał. Teraz się przyda, bo wiatr zacina skośnie i część stołu jest mokra. Stawiam go jak tarczę. O 6.30 leje mocno i grzmi często. Tej burzy radar pogodowy nie miał w swojej prognozie. No chyba, że to ta sama, co miała być o 10-tej.
Zadaszenie jest dobre, bo nisko schodzi, dzięki czemu od strony ław jestem zabezpieczony. Nagle przypomniałem sobie o podkoszulce zostawionej do wyschnięcia na ogrodzeniu ośrodka. Ehhh...niech schnie sobie.
Po godzinie burza przeszła i zaczęło pojawiac się słońce. Zaeeagowałem.jak jaszczurka lub jakiś wąż - od razu wychodzę na słońce i ogrzewam się, bo wilgoć i wiatr dokuczały. Zwłaszcza, że nadal mnie trzyma przeziębienie. Nocleg pod namiotem nigdy nie służy szybkiemu wyleczeniu przeziębienia. Pocieszam się, że już dziś zwolni sie pokój i wreszcie wprowadzę się do - oby - suchego pokoju.
Suchy, ciepły pokój to teraz moje marzenie. Tym czasem rozwieszam tropik do wyschnięcia. Czas się dłuży. Jem Tulczynkę i wypijam przez 1,5h całe wino malinowe. Wpadłem na pomysł, aby je rozcieńczyć wodą mineralną pół na pół i teraz to wino smakuje dobrze - jak kompot malinowy o mocy 3-4%.
Wreszcie o 10-tej przychodzi do mnie kierownik, co obiecał pokój i mówi, że za godzinę będę mógł się wprowadzić. Ok, to idę na śniadanie do "Zupynki". W tym barze zamawiam tylko rosół, bo był dobry. W sam raz na śniadanie. Wracam i sprawdzam radar pogodowy. Wychodzi z niego, że o 12-stej kilejna fala intensywnego deszczu. Obym tylko zdąrzył się wprowadzić.
Zdąrzyłem. O 11.45 wpakowałem się do bardzo ciepłego, suchego pokoju, a 30 minut potem była już ulewa. Punktualna. Pokoik maly, ale łóżko to fajny twardy, płaski i gruby materac. Takie lubię najbardziej. Rozwieszam wszystkie wilgotne rzeczy. Idę do prysznica i zdziwienie. Nie ma ciepłej wody. Myję więc tylko stopy, pachy, pachwiny i twarz. Nie będę się wyziębiał w takim stanie. Wykąpię się później.
Za pokój płacę 700hr. Jutro mam się wprowadzić do jeszcze innego, w tym samym budynku. Ten pokój to chyba jakiś służbowy. Wyciągam śpiwór i przykrywam się nim, jak kołdrą. Stopy wkładam w śpiwór. Jest błogo, ciepło. Wreszcie odpoczywam i się wygrzewam.
O 15-stej budzi mnie głód. Wychodzę więc "na miasto". Synewir ma kilkanaście budynków typowo miejskich i przy swojej wielkości, gdyby wybudowano jeszcze kolejne kilkanaście, mógłby spokojnie uchodzić za malutkie miasteczko. Idę znowu do "Zupynki". Tym razem już z planem zapobiegającym ewentualnym przykrym niespodziankom.
Tradycyjnie ma początek biorę rosół, a na drugie danie kotlet "schabowy z kurczaka" i do tego surówka. Żadnych ziemniaków. Piwo też biorę tylko w butelce - Zakarpackie. Kosztuje tu tylko 30hr, gdy w sklepie puszka to 24hr. W sklepach na Ukrainie piwa takie, jak Zakarpackie, to koszt śrrdnio 35-40hr. Przy tutejszych zarobkach to wychodzi tak, jakby Ukraińcy pili piwo za 7zł lub nawet drożej.
Jeszcze tylko obchód po sklepach. Trzeba coś kupić, bo oprócz chleba nic nie mam. Na pewno wędlina, na pewno ser z polski (który widziałem w Ambarze) no i masło oraz makrela. Być może mała cebula i pomidor do sera i wędliny. Zresztą i tak zmuszony jestem robic selekcję produktów, bo dźwiganie wszystkiego, na co ma się ochotę nie wchodzi w grę. Najważniejsze, że powstrzymuję się od batonów i czekolad.
tagi: karpaty ukraińskie zakarpacie polana synewirska synewir
|
|
OjciecDyrektor |
| 24 października 2025 06:16 |
Komentarze:
|
Paris @OjciecDyrektor |
| 24 października 2025 19:56 |
Czosnek...
... ,,nauczylam sie jesc,, we Francji !!!
Dodaja go do wszystkiego,... 1-2 zabki drobniutko pokrojone i zawsze po jedzeniu, nie na ,,pusty,, zoladek. I to codziennie !!!
Tak sie przyzwyczailam, ze jak mam jakas przerwe ze 2 tygodnie to po prostu zaczynam sie zle czuc. Aha, no i go nie gryze tylko polykam i popijam. No i w gre wchodzi tylko czosnek polski. Od 3-4 lat czosnek kupuje u mnie taki jeden Iranczyk i jeden Czeczen,... obydwaj mowia, ze nasz polski czosnek jest najlepszy, a szczegolnie zimowy, taki lekko filoetowawy.
|
|
OjciecDyrektor @Paris 24 października 2025 19:56 |
| 24 października 2025 20:32 |
Nienawidzę czosnku w potrawach. Pieczywo, zupy. Wyjątek dla mięsa robię, ale pod warunkiem, że są jeszcze jakieś inne przyprawy zabijające ten zapach.
|
Szczodrocha33 @Paris 24 października 2025 19:56 |
| 24 października 2025 21:36 |
Czosnek to wspaniała rzecz, najlepszy chyba naturalny środek na przeziębienia, katary, kaszel.
Ja smaruję pieczywo masłem i na to drobniutko krojony czosnek.
Albo gnieciony, ale chwilowo nie, bo praska mi się złamała, muszę kupić nową.
|
chlor @Szczodrocha33 24 października 2025 21:36 |
| 24 października 2025 22:20 |
"praska mi się złamała, muszę kupić nową".
Niesamowite, nawet do USA dotarła tandeta metalopodobna ze stopu cynkowoaluminiowego, czyli po naszemu z szajsmetalu.
50 lat temu taki dynks byłby z niezniszczalnego amerykańskiego metalu, kosztował 100 dolarów i miałby dożywotnią gwarancję na piśmie.
|
|
OjciecDyrektor @Szczodrocha33 24 października 2025 21:36 |
| 24 października 2025 22:20 |
Ok. Mogę uwierzyć, że na przeziębienie jest dobry, ale w smaku i zapachu jest paskudny....dla mnie. Stosuję go w stanie "wyższej konieczności"...:)
|
qwerty @OjciecDyrektor 24 października 2025 20:32 |
| 24 października 2025 22:24 |
Szpinak z czosnkiem w dużej ilości to jest to.
|
Paris @OjciecDyrektor 24 października 2025 20:32 |
| 24 października 2025 22:32 |
Rzeczywiscie...
... gotowany czosnek to paskudztwo !!!
Ale niepotrzebnie sie Pan uprzedza. Trzeba go dodawac do potraw,... np. do marynowania, a potem zebrac i wyrzucic. Ja np. wyrzucam go moim kurom, ktore lykaja taka pape, w locie.
|
Paris @Szczodrocha33 24 października 2025 21:36 |
| 24 października 2025 22:39 |
Nie tylko,...
... on ma cala MOC dobrodziejstw dla czlowieka !!!
Ruslan, np. ,,rabie,, cala, duza glowke czosnku dzien w dzien... i w ogole nie choruje. A jak juz go zmorze jakas zaraza to, poprawia szklanka musujacej sody i jest ok.
Ale, Panie Mirku, prosze sprobowac czosnek grilowany na maselku, tak tylko przez 2 minutki,... albo czosnek kiszony, receptura taka sama jak dla ogorkow. Po prostu, DELICJE.
|
Paris @qwerty 24 października 2025 22:24 |
| 24 października 2025 22:43 |
Voila,...
... albo fasolka szparagowa po francusku !!!
|
chlor @Paris 24 października 2025 22:39 |
| 24 października 2025 22:47 |
Kisiłem czosnek, ale po nim tak wali z gęby,że musiałem zrezygnować. Smak jednak bardzo dobry.
|
Paris @chlor 24 października 2025 22:47 |
| 24 października 2025 23:08 |
Mieszam go ze smietana...
... albo keczupem,... nawet majonezem !!!
A do tego odrobina zielonej natki z pietruszki... albo nawet i suszonej.
|
Szczodrocha33 @chlor 24 października 2025 22:20 |
| 25 października 2025 01:15 |
No niestety, żyjemy w takich czasach że dużo szajsu produkują.
|
Szczodrocha33 @Paris 24 października 2025 22:39 |
| 25 października 2025 01:16 |
Ok, spróbuję, dzięki pani Reniu.
|
qwerty @Paris 24 października 2025 22:39 |
| 25 października 2025 10:47 |
Albo na oliwie z dodatkiem ciut masła pod koniec. Czosnek wyciśnięty na oliwe i zeszklony.
|
Paris @qwerty 25 października 2025 10:47 |
| 25 października 2025 21:30 |
Oooo,...
... tez swietny pomysl !!!
|
|
OjciecDyrektor @qwerty 25 października 2025 10:47 |
| 25 października 2025 22:37 |
To się sprawdza tylko przy robieniu lazanii. Kiedyś robiłem lazanie, więc wiem...:)